Posted in Ciało Relacje

Świat bez pigułki

Świat bez pigułki Posted on 6 listopada 2017
Bloger, coach, IT manager. Żyję, piszę, pracuję - w tej kolejności. Uczę ludzi jak poznać i zrozumieć siebie i jak dzięki temu mieć lepsze życie.

Nie będzie to wpis z działu science-fiction, katastroficzny, czy wizjonerski. Nie będzie on też nawiązaniem do smutnej decyzji ostatnio podjętej odnośnie pigułki „dzień po”. Nie jest ani anty- ani za i do niczego nie ma kogokolwiek przekonywać. Dzisiejszy wpis jest zbiorem moich osobistych doświadczeń, a jego głównym motywatorem było zainteresowaniem tematem Myśli a hormony. Tak więc dziś myśli i hormonów część dalsza. Tylko już z grubszej rury…

Na początek przyznam Ci się do czegoś. Na pigułkach jechałam długo. Od 19 roku życia. Z przerwami oczywiście, ale jednak. I w którymś momencie dotarło do mnie o ile inna jestem „na pigułkach” i bez nich. Właściwie dopiero ostatnio, świadomie eksperymentując z tematem, udało mi się to ostatecznie potwierdzić. Nie chodzi o to, że mam je niedostosowane i jestem wiecznie podkur…a, że mam depresję, albo że libido spada mi jak zepsuta winda do samej piwnicy. Nic z tych rzeczy. Chodzi o zdecydowanie bardziej zaskakujący i mniej widoczny efekt.

Nie odradzam brania, nie piszę „ku przestrodze”, nie uważam hormonów za zło tego świata, ani też odwrotnie – za zbawienie. Nie piszę ogólnie o całej ludzkości – piszę o sobie i tylko o sobie. Ale tak już jest, że na podstawie czyichś doświadczeń też można się uczyć. Ważna jest świadomość.

Czyli jaki jest mój świat “w pigułce”? Ano taki.

Silniejsze odczuwanie emocji

Zwłaszcza jednej – strachu. O wiele więcej rzeczy mnie przeraża, wydają mi się trudniejsze do wykonania. Czuję się częściej bezradna i bezbronna. Wychodzenie ze strefy komfortu (tfu, nie lubię tego sformułowania, ale nie znam lepszego) czy podejmowanie ryzyka oznacza prawie paraliż. Tak jakbym nie umiała, nie potrafiła, nie mogła. Zwłaszcza sama, bez niczyjej pomocy. Zmiana, zrobienie czegoś nowego, czegoś inaczej (mówię o ważnych decyzjach w życiu, a nie o zmianie koloru płaszcza) – albo nie ma mowy, albo zabiera to miesiące rozmyślań i rozważania decyzji. Bezpieczeństwo ponad wszystko. Zachowanie status quo jest ważniejsze niż polepszenie statusu. Tak jakby od tego zależało przeżycie. Za tym też idzie…

Lęk przed porzuceniem

Na pigułce nie jestem w stanie odejść od kogoś, rozstanie mnie przeraża i sama nigdy tego nie zrobię. Lepszy wydaje mi się partner jakikolwiek niż żaden. Nawet jeśli jestem nieszczęśliwa, nie umiem tego zmienić. Właściwie wszystkie świadome decyzje o rozstaniu podejmowałam zawsze „na czysto”, bez dodatkowej chemii w organizmie. Na pigułce czuję się tak jakby od tego, że nie jestem sama zależało moje przeżycie. Zrobię wszystko, żeby partnera przy sobie zatrzymać. Nieważne jakim kosztem. To on staje się centrum mojego zainteresowania. To pod niego podejmowanych jest wiele decyzji. To jego zainteresowania czy formy spędzania wolnego czasu są ważniejsze. Ja się za to dostosuję. Najgorsze jest jednak to, że oznacza to też…

Brak agresji

I to jest kwintesencja tego, co się ze mną dzieje na hormonach. Czuję się tak, jakby mi ktoś obciął jaja. Łatwo mnie skrzywdzić i na przekraczanie moich granic zareaguję raczej płaczem niż ich obroną. Postawienie sprawy na ostrzu noża – zapomnij. Zrobię wszystko, żeby uniknąć konfliktu, tym bardziej kłótni. Każdą taką sprawę staram się łagodzić, zamiast zająć konkretne stanowisko. Tak jakby każdy konflikt mógł doprowadzić do rozstania. A rozstanie to największa tragedia jaka może mi się przydarzyć. Taki stan straszny jest, bo nie zawalczę o swoje, a potem będzie mi przykro, że ktoś o mnie nie zadbał. I znów wracamy do samowystarczalności.

Czemu tak? Mam takie podejrzenia, że pigułka hamując owulację przybliża mnie nie tylko fizycznie, ale też psychicznie do stanu ciąży. Gdy życie moje i drugiej osoby zaczyna faktycznie zależeć od ilości otrzymywanej przeze mnie opieki i zainteresowania od innych. Gdy partner staje się faktycznie potrzebny (co najmniej w pierwszej fazie). Gdy zmiany stają się zbędne i ważne jest utrzymanie stanu rzeczy. Bo jak inaczej wytłumaczyć taką zależność? Zwłaszcza, że ona niknie gdy mój organizm się pozbędzie hormonów i wtedy znów staję się sobą. Potrafię sama o siebie zadbać, sama sobie wszystko zorganizować i sama decyduję jak ja chcę i jak ma być dla mnie, a nie „za wszelką cenę”.

I teraz jeszcze jeden ważny wniosek… Ci, którzy śledzą to, co piszę o związkach, lub co o związkach piszą faceci mogą zauważyć pewną prawidłowość. Wersja „bez pigułki” jest dla faceta zdecydowanie bardziej atrakcyjna. Taka zależna odstrasza, prawda? Może nie chodzi o to, jak męski mózg jest zbudowany i że ważniejsze jest zdobywanie i gonienie króliczka. Może tak naprawdę jest to ochrona przed wychowywaniem czyjegoś potomka? W końcu gdy związek się zacieśnia, to te zależnościowe zachowania nie są już aż tak przerażające. Ale jeśli kobieta od samego początku zachowuje się tak, jakby bez partnera miała nie przeżyć, to jest to zupełnie inna bajka…